środa, 15 listopada 2017

Maybe it's rain our feelings - Img #13 #Adommy

Więc z okazji moich 18-stych urodzin JA daję imagin WAM :D Dziękuję Wam kochani, że jesteście <3

------------------------------------------------

-Więc o czym chciałeś ze mną gadać? – spytał Tommy, gdy tylko zajęli miejsce przy stoliku w kawiarni. Natychmiast podeszła do nich kelnerka i spytała, czego sobie życzą, więc zamówili po kawie, nie zważając na późną porę. Było bowiem po dwudziestej pierwszej.
-Eh o nas – westchnął Adam i spojrzał w blat.
-O nas? Jakich nas? Nie ma i nigdy nie będzie żadnych nas. Kiedy sobie to wreszcie wbijesz do tego tępego łba? – podniósł lekko głos. Nie chciał dać po sobie poznać, że ruszyła go ta odpowiedź. Zdziwiła  go jednak jego agresja wobec tych słów.  Powinien być obojętny, ale nie potrafił.
-Tommy…
-Żadne Tommy…
-Daj mi dokończyć – wycedził brunet przez zaciśnięte zęby. Basista spojrzał na niego niechętnie.
-Ok mów.
-Dziękuję. Chodzi mi o nasze wspólne występy.
-To ty zacząłeś nie ja.
-Wiem. Ale po prostu … zastanawia mnie, czy dla ciebie to serio jest takie obojętne i nic nieznaczące?
-Tak. To tylko gra, by zadowolić fanów. Nic więcej – gdy to mówił nawet nie mrugnął, patrzył mu prosto w oczy, które nagle jakby straciły swój blask. Uwielbiał w nie patrzeć i choć usilnie temu zaprzeczał, tak było.
Zastanawiał się kiedy nauczył się tak dobrze kłamać? A może nie był w tym mistrzem, bo jego kłamstwa do niego nie trafiały. Wyczuwał własny podstęp, słabość i strach, do których nigdy nikomu by się nie przyznał i choć cieszyło go, że ludzie nie widzieli z czym się zmaga, to zastanawiał się jak można być tak ślepym na ludzkie zbłądzenie. Tak, stan, w którym się znajdował nazywał osobistym zbłądzeniem, zagubieniem w samym sobie i utratą siebie samego, ale nie mógł nic poradzić na to, że stawał się innym człowiekiem. A może zawsze nim był, a prawdziwe „ja” odkrywa dopiero teraz? Może wcześniej ukrywał się tak bardzo, że sam tego nie zauważał?
-Halo Ratliff tu ziemia – Adam pstryknął mu palcami przed oczami utkwionymi nieruchomo w filiżance kawy, którą jakiś czas temu przyniosła kelnerka.
-Hm? – uniósł na niego nieprzytomny wzrok.
-Odleciałeś.
„Jak wczoraj na koncercie” – odezwał się głos w jego głowie.
„Zamknij się” – pomyślał blondyn.
-Odlecieć to ja mogę samolotem byle dalej od ciebie – mruknął, upijając łyk. Właśnie zadał sobie kolejny cios w serce.
-Chyba nie mówisz poważnie? – w głosie wokalisty dało się dostrzec trwogę. Nie chciał go stracić, a wiedział, że Tommy jest zdolny do takich czynów.
-Jak mnie wkurzysz, to czemu nie? Nikt i nic mi nie stoi na przeszkodzie, mogę robić co chcę – spojrzał w okno, za którym przechodzili pojedynczy ludzie, pospiesznie rozkładając parasole. Najwyraźniej zaczęło padać, a on nie miał nawet kaptura.
„Zajebiście” – pomyślał.
-A kontrakt?
-To tylko świstek, można go zerwać i jestem wolny.
-A ja?
-Co ty? – spojrzał na niego.
-Czy serio nic dla ciebie nie znaczę?
-Jesteś moim szefem, dajesz mi kasę i robotę, a ja swoje zaangażowanie i pasję w to. To tyle.
Zdawał sobie sprawę, że każdym swoim słowem wbijał kolejne kolce i zadawał nowe rany, które pozostawią blizny w sercu wrażliwego mężczyzny, siedzącego przed nim. Może miał w sobie coś z sadysty, lecz czemu to co robił zadawało ból również jemu? I co ważniejsze, czemu wciąż szedł w zaparte i nie ustąpił i powiedział, że to nie prawda?
Otóż bał się. Bał się reakcji innych, reakcji całego otoczenia, rodziny,  reakcji Adama. Bał się tego kim się stał, a kim dotąd nie był. To była dla niego zupełnie nowa sytuacja, która przerażała go na każdym kroku i chciał cofnąć czas, ale nie dało się. Tamten Tommy odszedł w zapomnienie. Na jego miejsce przyszedł nowy Tommy, ten któremu ktoś uświadomił, że wcześniej szukał nie tam gdzie trzeba. I tym kimś był Adam, w którym się zakochał, a do czego bał się przyznać sam przed sobą, a co dopiero przed innymi.
-O czym myślisz?
-Nie twoja sprawa okay? Odwalisz się wreszcie, czy mam powiedzieć dosadniej? – patrzył na niego gniewnie.
-Ale Tommy zrozum …
-Niby co? – do jego wnętrza wkradła się podejrzliwość, nie podobał mu się ton mężczyzny.
-To, że dla mnie to nie jest obojętne. To dotykanie cię na scenie. Nie czujesz tego? Ja cię kocham…
-Nie … ty tego nie powiedziałeś, prawda?
-Powiedziałem.
-Odwołaj to!!!
-Nie mam zamiaru zaprzeć się tego, co jest prawdziwe – rzekł Adam.
-Dobrze – uśmiechnął się wściekle i wstał od stołu – więc właśnie widziałeś mnie ostatni raz.
Po tych słowach szybkim krokiem opuścił lokal, a gdy tylko wyszedł na ulicę puścił się pędem przed siebie. Tego już było dla niego za dużo, to wszystko go przerastało. Nie wiedział, w którym momencie pojawiły się uczucia, które opętały jego serce i ukierunkowały na osobę, której tak starał się unikać i której z początku tak nienawidził.
Latarnie w parku oświetlały mu drogę, gdy biegł. Deszcz padał coraz mocniej, a on robił się coraz bardziej przemoczony, ale nie zważał na to. Potrzebował ciszy do przemyśleń, musiał się skupić, a to było odpowiednie miejsce. Przysiadł na najbliższej ławce, podkulił kolana pod brodę i objął je ramionami. Ukrył twarz i pozwolił sobie na chwilę słabości.
„I tak każdy uzna, że to deszcz” – pomyślał.
***
Adam wciąż siedział osłupiały w kawiarni i gapił się w stolik, przy którym siedział. Spojrzał na filiżankę blondyna. Tamten upił tylko trochę.
„Nie … on nie mógł mówić poważnie.”
Słowa blondyna dźwięczały mu w głowie najgorszym echem jakie istniało na tym świecie. Nigdy nie czuł się tak źle. Było mu smutno, targała nim rozpacz i nienawiść do samego siebie, że był zbyt bezpośredni. Że zapomniał się jakim człowiekiem jest jego ukochany Tommy i że potrzeba mieć do niego wyczucie.
„Jak mogłem to wszystko aż tak spaprać?”
Podparł twarz na dłoniach i zaczął szybko mrugać, by osuszyć zaszklone od łez oczy.
„Nie, nie teraz …. I nie tutaj” – przyrzekł sobie.
Nie wiedział nawet, gdzie chłopak mógł się udać, a na pewno nie odnajdzie jego śladu, przecież padał deszcz.
„W sumie mam to gdzieś, muszę się przejść” – powiedział do siebie w myślach, po czym wstał od stolika i wyszedł, zostawiając na blacie pieniądze za zamówienie oraz drobny napiwek. Następnie wyszedł na zewnątrz i poprawiwszy kołnierz od płaszcza udał się przed siebie. Oczywiście okłamał sam siebie, a właściwie próbował. Dobrze wiedział, że Tommy nie jest dla niego obojętny, znaczył dla niego o wiele więcej niż zwykły basista.
***
Tommy wciąż siedział na obranej przez siebie ławce. Był zbyt skupiony na sobie i na tym jak zmarzł, by dostrzec skradający się cień.
-Tommy?
-Boże Adam to ty? Musisz się tak kuźwa skradać? – nie był zadowolony, że ktoś przyłapał go w stanie załamania emocjonalnego.
-Tak. Matko tak się cieszę, że cię widzę – podszedł i chciał go przytulić, jednak ten odsunął się od niego gwałtownie.
-Nie zbliżaj się.
-Przecież się trzęsiesz.
-Odejdź stąd, chcę być sam.
-Nie mam zamiaru.
-Zostaw mnie! – krzyknął.
-Chyba śnisz, nie po tym jak cię znalazłem.
-Dlaczego musisz taki być?
-Raczej dlaczego ty jesteś jaki jesteś. Zaufaj mi choć raz – pogłaskał delikatnie jego dłoń, a po ciele blondyna rozlało się przyjemne ciepło.
-Nie potrafię – wyszeptał po chwili.
-Nie potrafisz, czy nie chcesz?
-Nie … nie wiem.
-Dlaczego? Oh naprawdę wolisz tu marznąć i moknąć?
Po tych słowach blondyn spojrzał mu w oczy.
-Nie potrafię ci się przyznać do tego, co teraz siedzi mi w głowie.
-A co ci siedzi w głowie? Tommy naprawdę możesz mi wszystko powiedzieć. To zostanie tylko między nami. Nikomu nie powiem, możesz mi zaufać.
Basista pochylił głowę, a mokra od deszczu grzywka przykleiła mu się do czoła. Westchnął i wyplątał się z ramion Adama i wstał. Milczał chwilę, nie potrafił znaleźć słów, a Adam nie chciał na niego naciskać, mimo że zżerała go ogromna ciekawość. Czuł, że cierpliwość mu się opłaci.
-Adam ja … nie … nie ja nie potrafię.
-Tommy spokojnie – Adam wstał z ławki i chwycił go za ramiona – dasz radę tylko się uspokój.
-Nie ja nie mogę. Nie  potrafię  rozumiesz?! Zostaw mnie – próbował się wyrwać, lecz wokalista złapał go mocniej i przyciągnął do siebie, tak, że stykali się czołami. Mimo, że Ratliffowi nie bardzo odpowiadała taka bliskość z brunetem, nie wyrywał się i nie protestował.
-Powiedz mi w końcu … co cię tak dręczy? Myślisz, że będę potrafił spać spokojnie? Nie uwierzę, że nic dla ciebie nie znaczę, nie po tym jak lgniesz do mnie na scenie. Tak, czuję to, więc powiedz tu i teraz o co ci chodzi. Albo się przyznaj, że nie jestem ci obojętny albo powiedz, że masz mnie gdzieś i mnie nienawidzisz. Pozwolę ci odejść, rozwiążemy kontrakt i jesteś wolny jak chciałeś. Tylko powiedz to co czujesz, tu i teraz – mówił Lambert, któremu z emocji łzy spływały po policzkach. Nie chciał, by Tommy podjął się drugiej opcji, jednak wiedział, że tak się może stać. Nie potrafił tylko znieść myśli, że mógł źle odczytać jego gesty.
-Adam ja …
-Tak Tommy? – spytał drżącym głosem.
-Kocham cię … - szepnął niewyraźnie.
-C-co? – brunet myślał, że się przesłyszał. Te słowa przecież nie mogły paść i to z ust Tommy’ego.
-Kocham cię – blondyn przełamał się, by spojrzeć mu w oczy i w tym samym czasie poczuł jak uścisk wokalisty słabnie – Adam? Wszystko okay? – spytał odsuwającego się od niego mężczyznę.
-Nie … ty tego nie mogłeś powiedzieć …
-Hah no widzisz … a jednak powiedziałem.
-Ale … jak to? Tommy kiedy to się zaczęło?
-Nie wiem … wiem, że cię kocham i tylko ty się dla mnie liczysz.
Adam stał jak osłupiały z otwartymi ustami, jednak już po chwili pchnięty nagłym impulsem podszedł do chłopaka i chwycił go za ramiona przyciągając najbliżej jak się da, po czym złączył ich spragnione siebie od dawna usta w czułym pocałunku, w który każdy z nich przelewał wszystkie targające nim uczucia. Tommy z początku onieśmielony gestem niebieskookiego po chwili odwzajemnił czułości i oplótł go w pasie, czując ciepło rozsadzające jego podbrzusze. To czego się tak bał, wszystkie obawy zniknęły. Adam go nie odrzucił, był jego, a on był Adama.
-Tak  się cieszę, że to powiedziałeś – wyszeptał Adam, opierając jego czoło o swoje.
-Naprawdę? – blondyn uśmiechnął się nieśmiało.
-Nawet nie wiesz jak długo czekałem na usłyszenie tego z twoich ust. Kocham cię – powiedział i ponownie złączył ich usta w namiętnym pocałunku.

Nie zważali na to, że robi się zimniej, a oni są przemoczeni. Liczyło się to, że teraz byli sami tu i teraz. Byli wreszcie razem. Długo musieli na siebie czekać, żyjąc na co dzień obok. Bo najczęściej jest tak, że tam gdzie mamy najbliżej, mamy najdalej.


niedziela, 5 listopada 2017

Rozdział 18 OZOPZZ - Ostatni

Witam Kochani! Wiem, wiem. Spóźniłam się, przepraszam. Mam dla was ostatni rozdział OZOPZZ, ale za parę tygodni (najprawdopodobniej po mojej osiemnastce) zacznę wstawiać nowe ff. W międzyczasie postaram się wrzucić imagin, o którym ciągle zapominam XD Nowe ff będzie zupełnie inne niż do tej pory.

Serdecznie zapraszam też na mój kanał na youtube, który niedawno (zakładka wideo) założyłam https://www.youtube.com/channel/UCeYdS35eX25ojSxOdSV-c-Q?view_as=subscriber
oraz instagrama https://www.instagram.com/xejsix/

Ale na razieeee miłej lektury ;)
Trzymajcie się cieplutko, wasza EjSi <3

-------------------------------------------------------

*Adam*
-Zostaw ją! – wrzasnąłem na całe gardło, lecz na tym krótkim dystansie zdążyłem się już całkowicie przemienić, a mój wilczy instynkt przybrał na sile.
Rzuciłem się z wyciągniętymi łapami w stronę wampira, trzymającego moją ukochaną siostrzyczkę. O dziwo zaskoczyłem go, dzięki czemu udało mi się go powalić i runął na brzuch rozluźniając uścisk tak, że mogła się wydostać i również zmienić się w wilka. Stałem całym ciężarem swoich przednich łap na jego plecach i dociskałem go do ziemi tak, by nie mógł zaatakować już nikogo więcej. Jak się okazało, gdy jestem wściekły mam o wiele więcej siły.
Brooke stała obok mnie i również warczała na niego … masę przekleństw, których jednak on nie mógł zrozumieć. Nagle do naszych uszu dobiegł głos Neila:
-Uważajcie!
Faktycznie na raz poczułem drżenie pod sobą, które przybierało na sile. Nie wiedziałem co się dzieje, ale zanim się zorientowałem już leżałem na ziemi przygnieciony jakimś niewidzialnym ciężarem, który sprawiał, że nie mogłem oddychać i dosłownie wyciskało mi powietrze z płuc. Zacząłem się krztusić i natychmiast odzyskałem ludzką postać. Chwilę później w całej otaczającej mnie przestrzeni odezwał się mrożący krew w żyłach syk. Ten dźwięk był nie do zniesienia, przeszywał całe moje ciało.
-Adam Lambert, syn Ebera i Leili we własnej osobie – brzmiał głos. Chciałem sobie zatkać uszy, ale nie byłem w stanie podnieść rąk.
-Czego chcesz? – wydukałem. Tylko na tyle starczyło mi siły.
-Patrzyć jak cierpisz, przegrywasz, jak cała twoja rodzinka traci to co chciała mi odebrać. Chcę patrzyć jak tracisz to, na czym ci najbardziej zależy  co najbardziej kochasz.
Patrzyłem z przerażeniem na kłęby czarnego dymu otaczające okolicę i uniemożliwiające widoczność. Nagle nade mną pojawiła się ogromna blada postać o czarnych jak smoła oczach. Ten widok przewyższał nawet najpotworniejsze koszmary nawiedzające nas w snach czy wybujałej wyobraźni. Sparaliżowało mnie. Nie byłem w stanie się ruszyć, gdy postać rozpościerała ogromne skórzaste skrzydła rozpościerały się nade mną zasłaniając widoczność do końca. Co więcej nadal czułem ogromny ciężar na swojej klatce piersiowej i z trudem łapałem oddech. Nie docierały do mnie żadne inne odgłosy poza moim urywanym oddechem.
*Tommy*
Gdy dobiegliśmy na miejsce nie mogłem uwierzyć w to co zobaczyłem. Wszędzie unosiły się kłęby czarnego dymu, który ograniczał widoczność. Rozglądałem się gorączkowo, jednak nigdzie nie dostrzegłem reszty.
-Gdzie oni się podziali? – powiedziałem sam do siebie.
-Kto? – spytała Lisa.
Nie odpowiedziałem, usłyszałem jakiś szmer dochodzący z wnętrza czarnej mgły. Dopiero wtedy zdałem sobie sprawę z tego, że to diabelstwo działa jako wygłuszenie. Nie miałem odwagi pomyśleć co działo się w środku. Machnąłem ręką na zdezorientowane dziewczyny.
-Chodźcie! Za mną! – krzyknąłem i pobiegły wraz ze mną w kierunku dymu.
Gdy wbiegliśmy do środka dotarł do mnie cały hałas i sprawił, że przytępiło mi zmysły. Upadłem na kolana zatykając uszy, jednak zaraz podbiegła do mnie Lisa i wetknęła mi to uszu jakiś materiał. Sama miała taki sam. Popatrzyłem na nią zdziwiony i wtedy pokazała mi, że to urwany kawałek materiału z jej sukni. Matka również miała zatkane uszy.
Dopiero po chwili wstałem i poszedłem szukać reszty. Nie zajęło mi to długo, gdyż już za niedługo usłyszałem stłumione przez materiał warczenie i krzyki. Zacząłem machać ręką, żeby odgarnąć uporczywy dym, jednak on zaraz napływał spowrotem. Przez chwilę dostrzegłem wilczą sylwetkę próbującą się rzucić na jakąś postać. Niestety zaraz czerń zasłoniła obraz spowrotem.
-Nie no, tak się nie da – rzekła matka i przykucnęła rozkładając ramiona i powoli unosząc się do góry sprawiła, że dym opuszczał okolice.
Dopiero wtedy ujrzeliśmy całość sceny rozgrywającej się przed naszymi oczami.
Brad leżał nieprzytomny pod drzewem, a przy nim warował jakiś wilk, odpędzając resztę. Dalej jakiś wilk walczył z moim ojcem … czyli to on był tą postacią … A zza wzgórza nadbiegała jeszcze para wilków. Marissa natomiast stała z boku z uniesionymi rękami gotowa wymierzyć cios.
Z początku myślałem, że wszystko jest w najlepszym porządku dopóki nie dotarło do mnie jedno … jednego wilka brakuje … gdzie jest Adam …
I wtedy go dostrzegłem, leżał na ziemi i ledwo się ruszał. Stałem jak wryty i dopiero kilka chwil później byłem gotowy, by się do niego zbliżyć. Niestety w momencie gdy miałem przy nim kucnąć drogę zastąpiły mi dwa wilki warczące na mnie, prawdopodobnie byli to jego rodzice.
-Przepuście mnie, muszę mu pomóc – warczenie przybrało na sile.
-Mówię poważnie, ustąpcie – nadal nic.
Jeden z nich wysunął się na przód odsłaniając szczękę ostrych zębów przeznaczonych do sprawnego rozprawiania się ze swoimi ofiarami.
W tej chwili spojrzenia moje i Marissy się spotkały. Rzuciła ostatnie spojrzenie na walczących i odwróciła się w naszym kierunku. Jak znikąd pojawiła się również moja matka i wywołała wiatr, który skłonił ich do odwrotu.
Sekundę później już byłem przy Adamie i głaskałem go po policzku. Był nieprzytomny, ledwo łapał oddech. Chciałem położyć dłoń na jego klatce piersiowej, jednak coś mnie odrzuciło, jakaś nieznana siła. Powoli starałem się położyć rękę we wcześniej zaplanowanym miejscu, jednak tym razem moje palce zaczęły płonąc. Nie spanikowałem, jakimś cudem wiedziałem, że tak ma być i z całych sił ścisnąłem coś co prawdopodobnie blokowało Adamowi dostęp do powietrza. Poczułem jak coś śliskiego zaczyna schnąć i się ulatniać. Pod wpływem płomieni coś długiego i zwiniętego przybrało barwę czarną, a następnie tak po prostu wyparowało.
Adam natychmiast wziął głęboki oddech i zaczął krztusić się powietrzem. Pocałowałem go w czoło i spojrzałem w przekrwione i załzawione oczy. Z początku był zdezorientowany, lecz gdy tylko mnie rozpoznał wtulił się we mnie.
Po chwili znowu pojawiła się para wilków. Tym razem na naszych oczach przybrały ludzką postać i zaczęły się w nas wpatrywać.
-Mamo – szepnął Adam, a kobieta natychmiast uklęknęła obok niego.
Uznałem, że dam im czas dla siebie i chciałem się stamtąd ulotnić, jednak zatrzymał mnie uścisk czyjejś ręki. Gdy się obejrzałem dostrzegłem siwiejącego mężczyznę, ojca Adama.
-Uratowałeś życie mojemu synowi – spojrzał mi w oczy – dziękuję.
Skinąłem głową w odpowiedzi i ruszyłem w stronę pozostałych.
Zobaczyłem Neila, który nadal walczył pomimo braku sił. Wykorzystałem moment, gdy na mnie spojrzał i kiwnąłem głową pokazując mu jego rodziców. Skorzystał z okazji robiąc unik i już chwilę później był przy rodzinie. Miło widzieć, że mimo wszystko nadal są razem. Przemknąłem do Brooke i podziękowałem jej za pilnowanie Brada, również jakimś cudem udało jej się  uciec do swoich, a przy mnie zaraz pojawiła się Lisa.
-Miło widzieć was wszystkich w jednym miejscu – przemówił ojciec – cieszę się, że wreszcie możemy pokazać kto tak naprawdę tu rządzi.
Dostrzegłem, że Brooke szykuje się do kolejnego ataku, ale pokręciłem głową by tego nie robiła. Teoretycznie mieliśmy plan … praktycznie … żadnego.
-Wreszcie wilki będą mogły raz na zawsze się przekonać jak nędznym są gatunkiem.
Zaśmiał się, zupełnie jakby było to coś śmiesznego. Dreszcz przebiegł mi jednak po plecach, gdy dostrzegłem jak matka podchodzi i chwyta go za dłoń. Spojrzeli sobie w oczy … i wtedy sprawy przybrały zupełnie inny obrót wydarzeń. Naprzeciwko nich stanęła Marissa, za nią poszła Lisa. Czułem, że i ja powinienem się ruszyć, a więc stanąłem obok nich. Nikt, nawet on sam nie wiedział co się dzieje, dostrzegałem strach w jego oczach. Wreszcie to on się bał. Mogłem zatriumfować, jednak Lisa złapała mnie za rękę.
-Jeszcze nie teraz – szepnęła zupełnie jakby czytała mi w myślach. Posłuchałem jej.
Po chwili matka uśmiechnęła się do Marissy i podeszła do nas. Staliśmy ramię w ramię jedno obok drugiego. W jednym momencie podnieśliśmy ręce i z każdej po kolei wypłynął strumień światła innego koloru. Biały z dłoni matki, niebieski od Marissy, zielony od Lisy i czerwony z mojej. Byłem zdziwiony. Strumienie pomknęły w stronę ojca unieruchamiając go i uniemożliwiając szarpanie.
-Nie powstrzymacie mnie, nie dacie rady.
-Nie, to ty nie dasz rady nam – odezwała się matka.
-Jak śmiesz?!
-To co dzieje się teraz Roger, powinno wydarzyć się dawno temu.
-Co takiego?!
-Żegnaj.
Po tych słowach krzyknęła: „TERAZ!” i z jej dłoni wychynął prawdziwy silny wiatr, Marissa uderzyła w niego strumieniem najczystszej wody jaki kiedykolwiek widziałem, a Lisa oplotła jego ciało soczyście zieloną lianą.
-Teraz – szepnęła, gdy przyszła moja kolej.
Nie panowałem nad tym co się działo. Moje ciało działało instynktownie. Z mojej dłoni wystrzelił najprawdziwszy ogień. Nie parzył mnie, raczej delikatnie łaskotał, dając przyjemne ciepło. Wreszcie mogłem zatriumfować widząc jego przerażenie. Ogień rosnął w miarę zbliżania się do niego. Wreszcie pochłonął go całego. Cała energia utworzyła ogromną kulę, która pokrywszy się ogniem pękła i rozsypała się w drobny popiół. Nie zostało nic.
Poczułem tylko uścisk obejmującej mnie osoby i tak dobrze znany zapach Adama oraz jego usta na moich. Dalej nie pamiętałem nic.
***
-Czyli naprawdę się kochacie? – rzekła Leila.
-Tak mamo – odrzekła Adam.
-Nie wierzę, że mój syn związał się z wampirem – westchnął mężczyzna.
-Eber – szturchnęła go żona.
-No co? To dziwne. Ważne, że jest szczęśliwy, ale i tak dziwne.
-Ehh cieszymy się Adam naprawdę, to cudowne – uśmiechnęła się do nas kobieta.
-Tommy naprawdę ogromnie  jesteśmy ci wdzięczni, że go uratowałeś.
-Nie ma za co, kocham go to normalne.
-To takie piękne Eber – wybuchnęła płaczem kobieta, po czym wtuliła się w jego ramię.
-Oh no kochanie już nie płacz, jest dobrze – odszedł z nią na bok, głaszcząc po ręce.
-Gratulacje stary nie ma co … a myślałem, że to ja szybciej kogoś wyrwę, a tu proszę – Neil poklepał bruneta po ramieniu.
-Neil! – oburzyła się Brooke.
-No co?
-Zamknij się. Cieszę się twoim szczęściem braciszku – zwróciła się do Adama i mocno przytuliła.
-Dzięki siostra – ucałował ją w policzek.
-A co do ciebie Ratliff – wskazała na mnie palcem i zrobiła udawaną wściekłą minę.
-Em tak? – spytałem niepewnie.
-Nawet nie próbuj go skrzywdzić, bo …
-Wiem, bo mnie zjesz.
-Dokładnie.
-Hahaha chodź tu młoda.
-Nie mów do mnie młoda.
-Daj spokój.
Wreszcie odpuściła i w trojkę się przytuliliśmy. Nie trwało to jednak długo, bo zaraz podeszły do nas moja mama, Lisa i Marissa.
-Cieszę się synku, że jesteś szczęśliwy – przytuliła mnie mama.
-Ja też, moja ochrona ciebie tutaj się kończy Hah, nie było nam pisane długo się widywać – westchnęła Marissa.
-Co ty mówisz?
-Nie odchodzicie? – spytała Lisa.
Popatrzyłem na Adama, oboje wiedzieliśmy, że tego chcemy.
-Odchodzimy – westchnąłem i spuściłem głowę.
-Szanuję twoją decyzję synku, to twój moment – rzekła mama.
-Dzięki mamo.
-Ja też, ważne żebyś zawsze był tak szczęśliwy jak dziś – powiedziała Lisa i objęła mnie. Wdychałem jej zapach.
-Chwila, a co z Bradem? – spytałem.
-Szczerze myślałem, że o to nie spytasz.
Obróciłem się jak na komendę, słysząc jego głos za sobą.
-Co z tobą? Jak się czujesz?
-Beznadziejnie … po tym jak cię traktowałem.
-Naprawdę?
-Tak … przepraszam cię za wszystko – spuścił głowę.
-Należy ci się ignorancja, ale jak widać też dużo wycierpiałeś. Chodź tu – rozłożyłem ramiona i objąłem go, łamiąc tym samym dzielące nas bariery.
Wreszcie brat przytulił brata, a jedna rodzina dogadała się z drugą.
-Gdzie się teraz podziejecie? – spytałem wreszcie mamy.
-Zamieszkają ze mną – odrzekła Marissa – pusto mi tam trochę.
-Uff ulżyło mi – westchnąłem.
-A właśnie Adam? – kobieta zwróciła się do niego.
-Tak?
-Rozmawiałam z twoimi rodzicami, oni też się wprowadzą.
-Naprawdę?
-Naprawdę.
-Jejku ja nie wiem c powiedzieć.
-Lepiej nic nie mów tylko całuj tego napaleńca – wtrąciła się Brooke.
Czemu ona trzymała za rękę Brada? Oj chyba ktoś się tu dogadał. Nie chciałem w to wnikać, chciałem się cieszyć Adamem, który od teraz był już tylko mój … na zawsze.
Kiedy znaleźliśmy się na boku objąłem go za szyję i przysunąłem bliżej.
-Już myślałem, że się tego nie doczekam – szepnął i odgarnął mi włosy z twarzy, uśmiechnął się.
-Już myślałem, że nigdy cię nie pocałuję. Mmm kocham cię.
-A ja ciebie,
I złączyliśmy nasze usta w czułym pocałunku, który był zupełnie inny niże poprzednie. Pełen radości i błogości jaka nastała w naszych sercach. Byliśmy spokojni o jutro. Mogliśmy być razem, a konflikty zostały zażegnane.
Z lekkim sercem chodziliśmy w stronę przyszłości.

Naszej przyszłości.